Jak powstała rzeka Tuga
Uciekała ta Tuga, uciekała z cebrami pełnymi wody przed olbrzymem niecnym, który chciał ją posiąść. Jak on pragnął jej smukłego ciała, po nocach nie spał, o Tudze fantazjował.
– Jak nie po dobroci, to gwałtem ją wezmę.
Tuga po dobroci nie chciała, bo brzydki i cham zwykły, a że równych siłą w okolicy nie było, to brał ten cham, co chciał, jak swoje, z innych zdaniem się nie liczył. Tuga chama nie chciała, zresztą nie w głowie romanse jej były. Ledwie raz widziała, jak mama z tatką się całowali, i chociaż mamę i tatkę kochała, to ta wymiana śliny nie przypadła jej do gustu. Teraz uciekała przed chamem o imieniu Haffo, który w lesie ją wypatrzył, jak wody w cebry nabierała. Wyglądała przy tym pięknie, nad wodą pochylona, krągła z tyłu i z przodu, z włosem zaplecionym w warkocz. Jak nikt znała te żuławskie lasy, lepiej od olbrzyma. Znała sarny, wiewiórki, jelenie i dlatego schwycić jej nie potrafił. To nie znaczy, że się poddał, że umknęła. Olbrzymy były uparte i wytrzymałe, co trop zgubił, to się pokręcił i ślady kropli odnajdywał. Tuga, nie wiedzieć czemu, z tą wodą w cebrach biegała, inni powiadają, że to był dzban. Woda skapywała kroplami, znaczyła za nią drogę, żeby później magicznie w rzekę się przemienić. To było trochę później, rzeka na pamiątkę tamtych wydarzeń po dziś dzień jej imię nosi.
Zapytacie, czy uciekła? Otóż nie, nie uciekła. Dotarła na brzeg wielkiej wody. Napalony olbrzym triumfował, cieszył się, że posiądzie to upragnione ciało. Ona oddać się nie chciała, więc w wielką wodę się rzuciła. Tak naprawdę było. Olbrzym, zaślepiony żądzą, wiele nie myślał i za nią do tej wody wskoczył. Oboje o pływaniu nie mieli pojęcia, więc nic dziwnego, że zaczęli tonąć. Byłaby to taka smutna historia, gdyby nie rybak o blond włosach i niebieskich oczach, który dziewczynę wyłowił i usidlił. Jemu oddała swe usta, jak to u rodziców widziała, i było to przyjemne. Tuga, rzeka, po dziś dzień płynie i mało kto pamięta o tamtej dziewczynie
Cerkiew?

Tak pod tym kościołem spaliśmy, co ja piszę, pod cerkwią. Budynek stary, ceglany w Żelichowie, na lewym brzegu rzeki Tugi stoi od wieków i na cerkiew nie wygląda. Zadbany, i owszem, w murach i obejściu, ale żeby zaraz cerkiew? Obok plebania z ogródkiem, niemniej zadbana i też ceglana. Pukaliśmy do drzwi, jednak nikogo nie zastaliśmy.
Nie zawsze tu cerkiew była, dlatego pewnie na nią nie wygląda. Wiarę w tym miejscu zasadzili Krzyżacy, oni bardzo lubili kościoły i wiarę krzewić. Niewiele wiem o nich poza tym, że Sienkiewicz pisał, że niedobrzy byli. Ich wielkość upadła, przyszli protestanci, którzy z ciekawości Lutra posłuchali i do Biblii zaczęli zaglądać. I zakon, i luteranie są dzisiaj w innych miejscach. Dziś zupełnie inni ludzie tu mieszkają, tacy bez korzeni, bo chociaż delta Wisły urodzajna i korzenie łatwo tu zapuścić, to co pewien okres karczuje się tu ludzi i nasiewa innych. Tak że teraz ludzie z powojennego są nasiewu i tak to po wojnie, tej drugiej światowej, w tej gotyckiej budowli cerkiew powstała, kiedy to ludzi z domów w górach pozabierali, żeby pokój i spokój uczynić na wschodzie. Dziś czytam Ukraińcy, a oni o sobie, że żadni z nich Ukraińcy, tylko Rusini, prawdziwi Bojkowie, Łemkowie – nie znam tych wszystkich wschodnich nacji, które tu zwieziono. Nie z własnej woli tu przybyli, a często jedyne, co im po dawnym życiu zostało, to wiara, w której dzieci i wnuki się chowają.

Nowy Dwór odwiedzić.
Pomyliłem się, przyznaję. Zresztą każdy może się pomylić. Obiecałem jej muzeum ziemi żuławskiej, a…

– Szósty kilometr, tyle mamy do początku Tugi, która dalej jest Wielka Święta. – Przepływaliśmy pod mostem w Żelichowie, od 2023 roku na powrót zwodzonym. Od miejsca startu przerzedzała się roślinność wodna. – Tuga taka trochę nietypowa – mówiłem do niej. – Płyniemy w górę, a robi się jakoś szerzej, mniej roślinności, bardziej żeglownie – ciągnąłem, a ona słuchała.
Czerwony wielki walec znaczył tor wodny blisko prawego (z naszej perspektywy) brzegu. Taki znak, płynąc w górę rzeki, wypadałoby minąć lewą burtą jednostki, po prawej stronie boi. Miejsca tam było mało i chociaż nie bardzo mi to pasowało, to płynąłem i ona płynęła do Nowego Dworu.
– Czy tam jest jakaś odnoga?
– Nie, tylko takie rozlewisko, nasza droga prowadzi prosto – odparłem ze znawstwem.
– W tych sprawach jakoś ci ufam. – Tak powiedziała. – Wydaje mi się, jakbyś wszystko wiedział o pływaniu. Wiesz, co mam na myśli. Po prostu, płynąc z tobą, czuję się bezpiecznie i jestem spokojna, że dotrzemy tam, dokąd mamy dotrzeć.
To chyba był czwarty kilometr, potem trzeci i drugi. Minęliśmy most w Tujsku, przy nim dwa pomosty cumownicze. Gdybym wtedy to wiedział, to bym opowiedział jej, jak ten most Niemcy wysadzili i że był taki strategiczny, 80 ton unieść potrafił i podobny tym mostom z Rybiny i Sztutowa. Ale wtenczas nie wiedziałem nawet, że to Tujsk.
– Pierwszy raz się spotykam, żeby rzeka w górze była szersza i bardziej żeglowna niż w dole. – Gdy to mówiłem, patrzała na grzybienie białe (które możecie znać jako nenufary czy lilie wodne) i grążele, wśród których kaczka strofowała młode kaczątka.
Zbliżaliśmy się do celu, tak mi się zdawało. Starszy pan z drewnianym wiosłem płynął nam na spotkanie.
– Dzień dobry – zagadałem.
– Dzień dobry – odpowiedział pan w żółtym kajaku. – Podziwiam, tak na stojąco.
– Z góry więcej świata widać. Dokąd pan płynie?
– A ja to już wracam, do Nowego Dworu wracam. Wracam stamtąd.
– My też do Nowego Dworu, tylko że w przeciwnym kierunku
– Tam Nowego Dworu nie ma, tam Szkarpawa, rzeka Szkarpawa.
Chciałem niedowierzać panu z drewnianym wiosłem, jednak nijak nie potrafiłem zanegować jego prawdy. W głowie rozbrzmiewały niedawno zasłyszane słowa: „W tych sprawach ci ufam…”.

U ujścia Tugi, a może na jej początku, pomiędzy pierwszym a zerowym kilometrem, ukończono wrota sztormowe z dwoma światłami żeglownymi na 6,5 m szerokimi, domykanymi stalowymi bramami w kolorze zielonym, i prześwitem szerokim na 3 m, domykanym zastawką. Kiedy woda w Szkarpawie podnosi się o 0,6 m n.p.m. na skutek sztormowych wiatrów, wrota w 24 minuty domykają się automatycznie, chroniąc tereny za bramą przed podtopieniami, takimi jak w 2017 roku, kiedy to jeszcze wrót nie było, a rzeka Tuga wyszła z brzegów i wstąpiła na posesje mieszkańców przy ulicach Bałtyckiej i Chrobrego.
Za tymi wrotami nie było Nowego Dworu, była Szkarpawa, nieco w lewo Rybina.
Swantewit

Chciałem ją tam zabrać, może nie przez pomyłkę, jak to się stało, jednak chciałem ją tam zabrać, kiedy kwitną kwiaty, ale jakoś się nie składało, bo zamknięte, bo nie po drodze… Chciałem ją zabrać do tej chaty w kwiatach skąpanej, z wnętrzem z poprzedniej epoki, wypaczoną drewnianą podłogą i wystrojem z epok kilku. Nazwano to miejsce Swantewit, co na nasze to nikt inny jak nasz Świętowit, bóstwo słowiańskie, bóg urodzaju i wojny, a bogów się nie ocenia. Swantewit na końcu Tujska przy drodze stoi, nieopodal mostu. Chciałem ją tu zabrać, bo ładnie z wierzchu i jak przez okno zajrzysz.
Jedzenie w tym miejscu pasuje do wnętrza, domowe, zazwyczaj tłuste, nie zawsze udane, bez wątpienia niewyrafinowane.

(Słyszane gdzieś w tle)
– Ta ryba za droga, w karcie nic nie ma, że na wagę.
– Ależ to oczywiste, że na wagę. Zawsze jest na wagę.
– Ale w karcie nie ma, że na wagę, a być powinno.
– Tyle tu pracuję, ale tak prowincjonalnego zachowania jeszcze nie widziałam.
– Ponadto miały być jeszcze pierogi.
– Robimy pierogi i zaraz podamy.
– Teraz to dziękujemy, już nie chcemy.

Zasiedliśmy we wnętrzu, przy oknie z niegustownie dobranymi firankami i kaktusami z plastiku na parapecie. Zasiedliśmy obok zegara, który funkcjonował w innym czasie. Ona chciała steka, ja sznycla z jajkiem. Kotlety niewiele różniły się smakiem, a nawet wyglądem. No, może tym jajkiem.
– Mój był nieświeży.
– Nie nieświeży, tylko długo dojrzewający. Steki długo dojrzewają.
– Przecież to ja go jadłam, był nieświeży.
– Czy bolał cię po nim brzuch?
– Nie, na szczęście nie, do kibelka też nie latałam.
– Czyli długo dojrzewający, taki dla koneserów.

Swantewit jest kapryśne i nigdy nie wiesz, co cię tam spotka. Jedzenie dosłownie jak u mamy nie zawsze zachwyca.
Spaliśmy obok cerkwi, na gminnej, nie świętej ziemi. Spaliśmy za darmo, mieliśmy ognisko, wino i komary, a z rana dostęp do bieżącej wody, no i toi toi.
Muzeum żuławskie

Nie znaliśmy takiego oblicza Nowego Dworu Gdańskiego, zresztą skąd mielibyśmy znać, skoro nikt z nas nigdy jeszcze tu nie był. Z Żelichowa (Cyganka) to jakieś 5 km wodą i te kilometry pokonywaliśmy, na deskach wiosłując. Pamiętam te wiatraki za zakrętem na tle chmur tworzące z trzcinami spójny obraz. Nenufary białe, grążele żółte pamiętam, bo często się przy nich zatrzymywała. Tego dnia kilometry rosły: 6, 7, 8… 10. Z rzadka stawaliśmy twarzą w twarz z rozpędzoną motorówką, na której piwo i muzyka, czasami łódź wolniejsza wypełniona rodziną nas mijała i wszyscy zwalniali, machali. Wiem, że do niej, ale i tak miło. Ruch na tej rzece jest. Był tam też domek samotny drewniany, uroczy. Zamarzyłem o tym domku i powiedziałem jej o tym, że dróg do domku nie widzę i żadnych obok samochodów. Przez te kilometry rosnące trudno mi określić prawy i lewy brzeg, bo ujście zdaje się być początkiem rzeki.

Tuga w Nowym Dworze jest zamieszkana, jest nie tylko częścią miasta, ale i częścią gospodarstw domowych, przy których znajdują się liczne pomosty, często łodzie motorowodne, rzadziej wiosłowe. Po umocnionych nabrzeżach, dzisiaj mocno zdewastowanych, widać, że nie była to rzeka bez znaczenia, niegdyś była ruchliwa, wręcz przemysłowa.
Łowił ryby przed domem, wśród trzcin szeroką przecinkę uczynił.
– Przepraszam, daleko jeszcze do muzeum? – zapytała.
– Już niedaleko, zaraz za zakrętem i wiaduktem kolejki wąskotorowej. Z daleka płyniecie?
– Można powiedzieć, że spod Małego Holendra – włączyłem się w dialog. – Wspaniałe miejsce do życia pan tu ma, tak zaraz przy wodzie, tylko łódki brakuje.
– Nie brakuje. – Ściągnął spławik i spokojnie ponownie zarzucił już za nami. – Myślałem o kupnie łodzi, zbudowaniu pomostu, jednak sezon mamy krótki i pływać by jeszcze trzeba. A czy mi czegoś tu brakuje? Z domu wyjdę, wędkę zarzucę.
– Żebyś ty jeszcze czasem rybę złowił – usłyszeliśmy głos po drugiej stronie rzeki. Do tej pory nie dostrzegaliśmy mężczyzny z reklamówką, który w cieniu na kamieniu przysiadł. My odpłynęliśmy, oni dalej rozmawiali.

Przypłynęliśmy tu, dowiedzieć się czegoś o Żuławach, o menonitach, o których co rusz się słyszy, chociaż ślady po nich nieliczne, głównie nagrobki, o domach podcieniowych i o tym, po co powstał Nowy Dwór Gdański. Muzeum Żuławskie w tym celu zostało stworzone. Zbiory zajmują trzy pietra w budynku dawnej serowni, bo sery i alkohol ważną rolę w historii Żuław odgrywają. Na wystawach znajdziemy ślady gorzelni rodziny Stobbe, butelki po ich stobbes machandel, jałowcówce, która w 1897 roku została określona „gdańskim napojem narodowym”, czy specjalne kieliszki do jej spożywania w parze z suszoną śliwką. Są tu części pompy wietrznej (wiatraka odwadniającego), która swego czasu była częścią miejscowego krajobrazu. Dwadzieścia osiem procent tutejszych ziem znajduje się poniżej poziomu morza. Winylowe płyty Anny German leżą rozrzucone pod jej zdjęciami, bo ktoś się dopatrzył, że jej dziady, pradziady z tych ziem pochodzili. Mógłbym tak wymieniać te graty i klamoty nagromadzone i zachwycać się nimi, jednak bez opowieści przewodnika wszystkie te rzeczy w jednym miejscu stają się nudne i nieczytelne. I gdyby nie film „Duchy miasta”, taki trochę historyczny na wstępie, to te 10 zł za zwiedzanie byłoby zbyt wiele. Zamierzamy powrócić w to miejsce i z wiedzy pasjonata regionu skorzystać.
Pomimo że pomost świecił pustkami, nie znalazło się tam miejsce dla dwóch naszych desek, zaszyliśmy je w krzakach na czas naszej wycieczki. Kawałek dalej jest pomost dla kajaków, tuż przed kładką łączącą dwa brzegi, jednak zarośnięty i trudno dostępny z wody. Jak widać, do dawnej świetności tego miasta jeszcze trochę brakuje.

Po dniu wiosłowania miały być raki i zupa rakowa, może sznaps jakiś, ale wyszło inaczej. Siedzieliśmy pod domem podcieniowym, który właściciel z pasji tu sprowadził. Siedzieliśmy pod oknem tego domu, takim na wpół otwartym, ciągle drewnianym, słońce przyjemnie grzało. Lubimy Małego Holendra, to miejsce, gdzie czas się cofnął, chociaż czasami wydaje się nam nad wyraz wykwintne. Mały Holender jak dotąd nigdy nie zawiódł nas kulinarnie.

Dodaj komentarz