Szwagry na Wiśle

Dziwnie zaczynać opowieść od oświadczenia, że to był koniec, chociaż tak właśnie było. To był koniec. Koniec, a jednak początek. Na pewno nie początek końca, chociaż to już bardziej działka filozofów, bo skoro jest początek, to powinien być też koniec, a jeżeli jest koniec, to każdy początek jest początkiem końca. Zdarzają się wyjątki, np. taki kij ma zawsze dwa końce, nie słyszałem o kiju, co by miał dwa początki.
Dobra, wystarczy tego filozofowania. Było nas trzech: szwagier (ja) i dwóch braci. Wiadomo, można było napisać ja i dwóch szwagrów, jednak dla dobra opowieści trzymajmy się pierwszej wersji. Szwagra się nie wybiera, w tym konkretnym wypadku bracia musieli zaakceptować wybór siostry. Moim zdaniem, wybór doskonały. Mnie osobiście szwagry też się udały, chociaż nie mam siostry, brata zresztą też.
Jak pisałem, było nas trzech i od końca zaczynaliśmy naszą przygodę. Mieliśmy się zmierzyć z rzeką w sposób dla nas nietypowy. Niepewność mieszała się z ekscytacją. Była to ucieczka od codziennych problemów, terapia wysiłkiem, noclegiem bez dachu, wśród dzikich zwierząt, troską o zwykłe ludzkie potrzeby bez wybiegania myślami w przyszłość. Trochę wyprzedzam fakty, a to niedobrze.

Dwa kajaki i jeden SUP dotknęły wody na końcu rzeki Drwęcy. Jej wody po licznych meandrach łączą się z większą Wisłą i stają się jej integralną częścią – stają się samą Wisłą, tracąc swą nazwę i tożsamość.
Z małej rzeczki wypłynęliśmy na szeroką Wisłę, największą polską rzekę, która w pierwszych chwilach przerażała. Bracia pierwszy raz podjęli takie wyzwanie na kajakach, SUPer, ja pierwszy raz robiłem to na stojąco. Bodajże siedemset trzydziesty pierwszy kilometr Wisły był początkiem naszej przygody, gdzieś na tej wysokości – jeszcze przed Toruniem, przed mostami – Brda łączy się z większą siostrą.

Toruń

Toruń miasto pierników, Kopernika, krzyżaków. Dzisiaj perełka historyczna, niegdyś port o wielkim znaczeniu gospodarczym. Odkąd pływam po Wiśle, inaczej patrzę na mosty, szczególnie na te, które były świadkami historii, a właściwie ją tworzyły. To one przyczyniały się do rozwoju regionów i pierwsze padały jako ofiary konfliktów zbrojnych.

Co ja tu bredzę o historii? Historia to jedynie narzędzie polityczne sklasyfikowane jako nauka o przeszłości w celu zwiększenia jej skuteczności i wiarygodności. Historia sięga do korzeni, tworzy interpretacje przeszłości, by kształtować elektorat. Tak zwane fakty historyczne są największą zmienną w naszym ludzkim świecie.

Tymczasem chwilę o mostach i Toruniu, do którego dotarliśmy po zaledwie dwóch kilometrach wiosłowania.
– Zawsze lubię przepływać pod mostami, to zupełnie inna perspektywa.
– W sumie to ta Wisła nie taka straszna, będę musiał namówić Asiuntę.
– To co, zaraz na gofry? Ja stawiam, kto pobiegnie?
Może lepiej nie będę skupiał się na dialogach, jakoś nie wnoszą nic do opowieści. Przepływanie pod mostem kolejowym, kiedy nad tobą toczą się ciężkie wagony. Przepływanie między betonowymi ponad 150-letnimi podporami może przyprawić o dreszcze. Moja deska, ich kajaki przyśpieszają pod mostem i nurt, chociaż na to nie wygląda, nie pozwala na postój.

Most kolejowy jest najstarszą istniejącą przeprawą w Toruniu. Pierwotnie był przystosowany do ruchu kołowego i pieszego. Baszty z obu stron przyczółków zdobione były czterema figurami wysokości 2,8 m każda. Figurami mistrzów krzyżackich na brzegu pomorskim (prawym) i władców Niemiec na lewym brzegu kujawskim. Pod postaciami znajdowały się płaskorzeźby z krzyżackiej i pruskiej przeszłości Torunia. W wieżyczkach tych znajdowało się pomieszczenie dla wartowników mostowych oraz komory minowe, do których prowadziło zejście w dół filaru, na wypadek potrzeby wysadzenia mostu. Jak się zapewne domyślacie, most powstał na ziemiach wtedy niemieckich. Przepływaliśmy pod nim na ziemiach polskich. Dzisiaj nie ma już posągów, płaskorzeźb, wieże zmalały i nie sławią już tamtej historii. Most był dwukrotnie wysadzany. Czy wykorzystano do tego komory minowe?

Most im. Józefa Piłsudskiego

Drugi most był tym, który szczególnie mnie interesował, gdyż przypłynął z Opalenia, gdzie do dziś niszczeją dawne podpory. Z dziesięciu przęseł wykorzystano osiem, bo rzeka w tym miejscu węższa.
Pierwotnie miał być mostem Kopernika, ponoć istnieją mapy, na których taką nazwę nosi, potem mostem Wolności, jednak kilka milionów dofinansowania z budżetu centralnego sprawiło, że ochrzczono go imieniem Józefa Piłsudskiego. Przyszły lata, zapewne wiecie jakie, że Adolf Hitler mu patronował, następnie lata, kiedy z wiadomych powodów do pierwotnej nazwy nie wrócił i był bezimienny. Dzisiaj na powrót mostem J. Piłsudskiego go nazywamy.

Pomiędzy mostami zawarł się nasz Toruń wiślany. Na prawym brzegu widok średniowiecznego zespołu miejskiego, naprzeciw Kępa Bazarowa, wyspa, rezerwat leśny w środku miasta. Zaskoczeniem była przystań za mostem Piłsudskiego, skąd startowały osady wioślarskie, jest tam slip i boksy do goszczenia łódek.

Woda niosła nas czasem środkiem, czasami brzegiem, aż przed zachodem osiedliśmy na porośniętym drzewami brzegu, takim mało dostępnym, tu urządziliśmy obóz. Ciągle było nas trzech.

Ogień

Ogień, powrót do przeszłości. Rzadko bywamy tak blisko pierwotnego ognia, wolnego ognia. Oczywiście jest go pełno w naszym życiu, w piecach, kuchenkach. Czasami zapalimy świeczkę, by przywołać magię wszechświata. A jednak śmiem twierdzić, że wolnego ognia coraz mniej. Na Wiśle dołączył do nas, nie baliśmy się go, a on nas w zamian żywił, ogrzewał, opowiadał opowieści, rozjaśniał noc. Nie wszystko rozumieliśmy, nasze języki już się rozeszły. Zaprawieni alkoholem, niczym szamani łapaliśmy łączność z duszami dobrymi i złymi, używki łamią granicę między światami. Wypływały dusze z żalami wykrzyczanymi światu i te były dobre. Były też takie, które ten żal zamykały i wpychały w ciała uczestników wyprawy, a wtedy człowiek staje się mroczny, posępny, wkurwiony.
Nasz śmiech mieszał się z iskrami ulatującymi z ogniska, nasz smutek – z ciemnością, przez co stawał się niewidoczny.

Ogień opowiadał nam dużo o drewnie, że i owszem, lubi takie suche, bo szybko je trawi. Po takim drewnie szaleje, bucha radośnie płomieniami. Dużo w tym wszystkim ciepła. A jak igły sosnowe i świerkowe go rozpalają, aż strzela iskrami. Na noc jednak woli drewno grubsze, może być i świeże, które powoli wysuszy i rozpali swoim żarem, pali się wtedy spokojnym płomieniem, takim przyjaznym gawędom, opowieściom.
Bracia zaszyli się w namiotach, ja dorosłem do wolności w świątyni Spinozy. Cieszyły mnie gawędy i żar w ognisku. Kiedy zasypiałem w hamaku nieopodal tego ognia, mruczeliśmy jeszcze coś do siebie, on powoli wygasał, ale nie odchodził, w końcu rano obiecał jajecznicę usmażyć.

Ptaki

Ten śpiew ptaków zagłuszał wszystko, nawet moje myśli, które jakoś żadnej rzeczy nie potrafiły się uczepić, długo wylegując się ze mną w hamaku.
Tyle w tym wszystkim było życia prawdziwego, prostego, wiślanego. Ktoś z nas w nocy spotkał sarny, widać też lubią takie zakrzaczone, zalesione brzegi. Potem skwierczały jajka, ogień dotrzymał obietnicy, i bulgotała kawa.

Patelnia na żarze ogniska. Jedna dłoń przytrzymuje patelnię, druga pracuje widelcem. nie widać postaci jednak widać jak przyrządza jajecznicę

Kawiarka na żarze wśród niemal zwęglonych patyków. Widać lekki płomień i zieleń poza niemal białym popiołem.

Kolejny dzień na Wiśle, opadła euforia początku. Szeroka woda wydawała się zwyczajna, a jednak z każdym metrem inna. Cieszyły nas tablice z kolejnymi kilometrami, była to oznaka mierzalnego postępu. Logiki w ich ustawieniu trudno było się dopatrzeć. Były kilometry krótkie i takie niekończące się, niektórych nawet brakowało.

Takich piaszczystych łach nie doświadczysz nigdzie indziej. Drobny piasek zbiera się, gromadzi, nurt nanosi kolejne warstwy, jest to proces ciągły, wręcz nieobserwowalny w czasie rzeczywistym, a wynik nie jest trwały. Rzeka tworzy łagodne wzniesienie ze stromym zakończeniem. Przemiał, przykosa i głębia, w której lubią żerować sumy i szczupaki. Pozwólcie, że dalej nie będę obnażał swojej niewiedzy w tym względzie.

To był orzeł, a nawet jeśli tak nie było, to będę podtrzymywał swoją wersję.
– Tak, to był orzeł. Tak myślę.
– Ja też tak uważam i tak to będę opowiadał.
– Mnie tam przy tym nie było. Nic nie widziałem. Miałem co innego na głowie.

Siedział na odkrytej piaskowej wyspie. Takie ptaki nawet dostojnie rozszarpują ofiarę. Nieopodal gniazdowały rybitwy, wyparte przez nas z nadmorskich plaż, szybowały niczym białe jaskółki, tutaj znalazły enklawę, swój raj niedoskonały. Były też mewy oczekujące potomstwa, część z nich krążyła nad Wisłą. Dostojny orzeł wyszarpywał kolejne kęsy. Trudno z tej odległości było stwierdzić, czy to była ryba, czy ptak. Dla niego bez wątpienia posiłek. Swoją wielkością górował nad ptactwem tej piaskowej wyspy. Wrony siwe w liczbie sześć ptaków ignorowały jego dostojność, atakowały go, chcąc odebrać zdobycz, może posiłkiem było jedno z ich stada. Orzeł ignorował ich zabiegi, jednakże uparte ptaki zmobilizowały go do lotu. Rozwinął potężne skrzydła. Nie będę szacował ich rozpiętości. Rozwinął skrzydła i wzniósł się spokojnie, bez rozpaczliwego machania. Wrony nie odpuszczały, widać zawziętość leży w ich naturze. Utrzymywały pozycję nad orłem już w mniejszej liczbie. On natomiast szybował, wznosił się, kręcąc korkociągi w powietrzu. W odwróconej pozycji próbował szponami schwycić napastników, może tylko ich straszył. Wrony latały inaczej, machały skrzydłami, szybko wznosząc się, po czym ponownie pikowały. Z wysokością było ich mniej, aż w końcu ostała się jedna, nieustępliwa, która ponawiała ataki.
Wisła oddalała mnie od piaskowej wyspy. Orzeł wznosił się, kręcił beczki i korkociągi jakby od niechcenia. Nie wiem, co stało się z nieustępliwą wroną. Zostały nam w pamięci kunszt lotniczy orła i zawziętość wrony.

Barki z piaskiem cumują przy umocnionym brzegu gdzieś przed Bydgoszczą jeszcze  przed Solcem Kujawskim. Na każdej barce mała żółta koparka wybierająca piach z Wisły

To było jeszcze przed barkami pełnymi rzecznego piachu, cumującymi przy lewym brzegu, jeszcze przed promem bocznokołowym, przeprawą pomiędzy Czarnowem a Solcem Kujawskim, który niedawno zaczął swoją rzeczną karierę. Zdaje się, Flisak go ochrzczono i taką nazwę wypisano na burcie.

Prom bocznokołowy FLISAK dobija do lewego brzegu

Załóżmy, że był to siedemset sześćdziesiąty piąty kilometr Wisły. Nie pamiętam, czy widzieliśmy tablicę z liczbą, ale nie może być inaczej, to był ten kilometr.

Jaz walcowy

– O czym gadaliście? – zapytała.
– O niczym, po prostu milczeliśmy.
– Tyle czasu, a oni milczeli. To po co wy płynęliście?
– Może właśnie po to.
– Nie ogarniam – powiedziała.

Tyle tego wszystkiego w koło, gdy płyniesz, a w pamięci zapisują się tylko woda, drzewa, ptaki, krzaki, czasami jakiś most. Na mapie zdecydowanie więcej widać świata, który otacza Wisłę. Z kajaka, czy jak w moim przypadku z SUP-a, świat ogranicza się do koryta rzeki i jej brzegów, a jednak większą satysfakcję daje przebycie tego monotonnego krajobrazu niż wędrówka palcem po mapie, chociażby z papierowym przewodnikiem.
– Dlatego zabieram brata, bo nawet kiedy rozładuje mi się telefon, on mi powie, gdzie jestem i co jest w okolicy. – Tak powiedział brat jeden.

Miłą odmianą było dreptanie szutrową drogą, żeby odnaleźć ten jaz, żeby zobaczyć, jak spiętrza wodę. Jak woda przepływa nad metalowym walcem.

– Tak, na piechotę będzie bliżej. – Tak powiedział. A skoro tak powiedział, tak zrobili, żeby odpocząć od wioseł, wiatru i piekącego słońca.
Dreptaliśmy w cieniu drzew, początkowo obok pola pełnego zboża, młodego zboża, które ledwie zaczęło kłoszenie, a na trawie, słomie naliczyć by można jedno kolanko.
– Chłodno. Przyjemnie. Daleko jeszcze?
– Proponuję jakieś niezdrowe żarcie, kiedy dotrzemy na miejsce. Będzie tam coś do jedzenia?
– Może zimne piwo? Byle nie w plastiku.
Potem była cisza, tylko droga chrzęściła pod butami.
– Gorąco jak na wiosnę.
– Prawda. Pali.
Droga skręciła w lewo i prowadziła obok wału. Po prawej minęliśmy hałdy marchewki i pietruszki.
– Ooo, ktoś wysypał w lesie.
– Najwyraźniej nie lubi warzyw.
Za hałdami teren opadał i stawał się podmokły.

Jaz walcowy w Czersku Polskim. Po lewej stronie na wyspie budynek na trzy piętra wysoko z dachem dwuspadowym i murem pruskim na ostatniej kondygnacji. Nad wodą metalowa konstrukcja mostu łącząca dwa przyczółki ceglane (może licowane cegłą)

Walcowy jaz powstał po to, aby więcej drewna można było transportować z Królestwa Kongresowego do cesarstwa niemieckiego drogą wodną Wisła – Odra. Był rok bodajże 1907. W tym okresie rozbudowywano port drzewny w Bydgoszczy, po którym dzisiaj ścigają się łodzie wiosłowe i tylko nazwa przypomina dawną funkcję tego miejsca.
Mamy rok 2023, jaz walcowy, urządzenie hydrotechniczne służące do piętrzenia wody, wciąż działa. Widzieliśmy ceglany budynek, mostek na 23 metry długi nad walcem schowanym pod wodą i jak ta woda przełamuje się i znika. Widzieliśmy z daleka, bo płot stał nam na drodze. Nie było niezdrowego żarcia ani zimnego piwa.

– Nuda – powiedział ktoś.
– Przyszliśmy, zobaczyliśmy, wracamy.
– Wiecie, że to najstarszy jaz tego typu w Polsce i ciągle działa?
– Aha! – Odpowiedź była chóralna.

Ten jaz walcowy w Czersku Polskim jest częścią większego obrazka, którego w tym wpisie nie zobaczycie.

Zachęcam jednak do lektury kilku słów od tych co o tym miejscu mają więcej wiedzy a co więcej zaszli dalej niż my i zwiedzili obiekt użyj linku by dowiedzieć się więcej o tym miejscu, potem wróć do nas.

Można napisać, że zahaczyliśmy o Bydgoszcz. W tym miejscu chciałbym wam wyznać, że Wisła mimo całej swojej nudy cholernie wciąga, przez co nie bardzo chce się opuszczać jej nurt, jej brzegi. Daje ona pewne bezpieczeństwo, spokój, wolność, wskazuje kurs. W drodze nie szuka się kempingów, przystani, barów, jedynie dogodnego miejsca pod namiot, hamak, ognisko. Największe koszty to transport do miejsca startu i z miejsca docelowego do domu.
Tak. Zdecydowanie jestem za dziką, nieuregulowaną Wisłą.

Podczas kiedy gdzieś na Fordonie jedliśmy miejscowy kebab, minął nas samotny kajakarz, może nawet machnął do nas. Rano dnia następnego doszły nas wieści, że wyłowiono jakiegoś topielca w Grudziądzu.

Wieczorem znowu budowaliśmy obóz, płonęło ognisko, były gwiazdy i śpiew ptaków o wschodzie.

Trzeci dzień

Wyprawa zaczyna się trzeciego dnia, kiedy zmęczenie staje się rutyną, jest wtedy mniej słów, wiele czynności wykonuje się automatycznie. Nasz spływ trzeciego dnia dobiegł końca.

kunszt kulinarny, jajko sadzone na ognisku z liściem mięty albo pokrzywy.

Oczywiście były jeszcze postępy kulinarne w postaci jajek sadzonych przyrządzanych na ognisku, poranna kawa, wiosłowanie, pagajowanie i wypatrywanie tablic z kilometrażem zbliżających nas do mostu w Chełmie. Pontony wojskowe, motorówki do przeprawy przez Wisłę stały przy brzegu w gotowości do ćwiczeń i przypomniały o wojnie w Ukrainie.

Wojskowa przeprawa pontonowa. dwie motorówki i pontony do przeprawy.

Do tej pory, do tych pontonów, były tylko woda, po której się poruszaliśmy, i biwaki przy ognisku. Próbowaliśmy wpłynąć na Trynkę, która z Jeziora Starogrodzkiego uchodzi i kończy swój bieg w Wiśle, jednak zatrzymał nas mały jaz, którego tym razem nie zdecydowaliśmy się forsować.

Żółty kajak. Sup. Czerwony kajak.

Trzy dni, niewiele ponad 60 kilometrów pod wiosłem, steki, jajecznica z ogniska i jajka sadzone, szamańskie klimaty, wirujący świat, jak i świat, który odkryliśmy i który pozostawił niedosyt poznania.

Myślę, że było warto.

5 myśli na temat “Szwagry na Wiśle

Dodaj własny

  1. Wisła to wolność, zmienność i przestrzeń, która jest w stanie poruszyć w człowieku najgłębsze struny. Mógłbym wracać na nią bez końca. Wspaniale, że podzieliłeś się swoją relacją. Podziwiam, że zdecydowałeś się płynąć na SUP-ie.

    Polubione przez 1 osoba

      1. Może nie sama rzeka ale możliwości które oferuje. To był koniec opowieści w sumie o niczym zapraszam na jej początek w przyszłym tygodniu, bo tak, ta opowieść zaczęła się od końca 🙂

        Polubione przez 1 osoba

Dodaj odpowiedź do R. Lipkowski Anuluj pisanie odpowiedzi

Witryna internetowa zbudowana na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑