Żuławy od wody cz.4 – koniec

Pani Agnieszka

Dzisiaj zacznę trochę od końca z nadzieją, że wszystko ułoży się w spójną i ciekawą opowieść.
Kiedy rano weszliśmy do tego sklepu, zastaliśmy panie siedzące po przeciwnych stronach lady, pijące kawę, zagadane o codzienności i najnowszych plotkach. I to było miłe, takie naturalne i swojskie. Sklep nie był z tych odstraszających przepychem i ceną. Zwykły spożywczak z lodami, płatkami i wszystkim po trochu.
Pierwszy raz trafiliśmy tam dzień wcześniej późnym popołudniem, po długim pływaniu i pokonaniu trzech śluz, które o tej porze roku pracują jedynie do piętnastej. Trafiliśmy tu przypadkowo, obrawszy drogę w lewo zamiast w prawo, poszedłszy do Białej Góry zamiast do Piekła. Przy tych nazwach wybór wydaje się oczywisty, a jednak Piekło kusiło marcepanowymi biało-kawowymi ciasteczkami zdobionymi czekoladą lub galaretką. Pięć na pięć centymetrów wielkie, na centymetr grube, z lekko przypalonymi brzegami, delikatnie twarde, plastyczne, o słodkim migdałowo-różanym smaku. Wybór nie był prosty. Możecie mi wierzyć albo nie, ale w Piekle jest kościół.

W piekle jest kościół

My wybraliśmy Białą Górę, była nam o wiele bliższa w ten pochmurny i chłodny dzień. Ciągle był kwiecień.
– Jesteście pierwszymi wodniakami w tym roku – tak powiedziała.
Wróżka czy co? – pomyślałem.
– To tak po nas widać, że nie miejscowi, że z wody? A może nieprzyjemnie pachniemy?
– Niech mnie pan nie obraża. Miałabym nie znać dwustu dwudziestu mieszkańców, chociażby z widzenia?
– Ja nie znam dwudziestu mieszkańców w bloku. Nawet dziesięciu nie znam.
Tego dnia kupiliśmy czerwone wino, i nawet wytrawne udało się wyszukać.

Graciela i Pani Agnieszka przed sklepem

Sklep stoi na wzgórzu, pani Agnieszka w sklepie. Na budynku tablica: „Sklep przyjazny rowerzystom”, pod tabliczką ławeczka, obok mały ogródek, miejsce na grilla i pogaduchy. Odzwyczailiśmy się w mieście od takiego podejścia do klienta. Procedury, zasady, przepisy sprawiają, że sklep jest tylko sklepem, natomiast pani Agnieszka wszystko zastąpiła uśmiechem. Nie ma tu rzeczy niemożliwych. Chcecie grilla? Da się zrobić. Hot doga? Proszę bardzo. Kawy, herbaty? Niby nie kawiarnia, jednak czemu nie.

Biała Góra

Śluza Biała Góra. Wrota od Wisły

Biała Góra, gdzie niemal kończyła się nasza wodna przygoda, tak naprawdę jest początkiem. Początkiem rzeki, która przez wieki kształtowała deltę Wisły. Rzeki, nad którą powstał Malbork przez niektórych historyków nazywany Atlantydą Północy, dziś spokojnej, ujarzmionej przez system śluz, odgrodzonej od Wisły. Niegdyś była sprawczynią wielu tragedii, chociażby tej z 1888 roku, kiedy to poziom wody na wysokości Malborka osiągał nawet trzynaście metrów. To była klęska, po której ludność Żuław Elbląskich długo wracała do normalności. Nogat dawał i zabierał. Zanim podzielono, zamknięto go śluzami, uchodziło tędy niemal 87 procent wód Wisły, a sama Wisła w dolnym biegu była powolna i płytka, stąd jej nazwa Leniwka. W 1900 roku nastąpiło prawie całkowite odcięcie Nogatu od Wisły. Rzekę skanalizowano przez trzy stopnie wodne: Michałowo, Szonowo, Rakowiec, umożliwiając w ten sposób ruch statków.

Najprzyjemniejszy sposób zwiedzania okolicy. Za plecami śluza Biała Góra

Biała Góra jest dzisiaj bramą strzegącą spokoju terenów nad Nogatem. Potężna ceglana budowla wygląda majestatycznie, przypomina o potędze natury. Obok jest ujście Liwy, nazywanej w swym dolnym biegu Starym Nogatem, może tak być, że kiedyś to właśnie ta rzeczka zasilała Nogat, a Wisła płynęła bokiem. Liwa też odgrodzona jest śluzą potężnym upustem nazywanym też wodnym zamkiem (1852–1879) , obecnie nieużywaną.

Wielki upust, tu Liwa łączy się z Nogatem.

To był dzień

Dzień rozpoczęliśmy w Osłonce, 62 km poniżej Białej Góry, na drugim końcu Nogatu. Wszyscy zgodzili się, że płyniemy, i poszli spać. Czekał nas dzień żeglugi pod prąd.

Czaple, kormorany, nisko zawieszone słońce, woda prawie gładka lekko marszcząca się przy zarośniętych brzegach. Graciela wyszła z jeszcze parującą kawą, codzienną kawą w czasie rejsów. W takich chwilach nie myśli się, co dalej, po prostu się jest, i dziś, kiedy to piszę, trochę tęsknię za tamtą kawą, nawet za tym, kiedy powiedziała, że trochę zimno i idzie pod pokład robić śniadanie.

Przestronne wnętrze, przyjemne gotowanie. No i ta kawa.

Niebo zasnuło się chmurami, a wiatr przybierał na sile. I tak już zostało do końca rejsu. Grzesiek wyszedł spod pokładu.
– Zmienić cię trochę?
– Nie będę się bronić.

Korby, zębatki otwierają śluzę.

Zdążyliśmy. Śluzę Szonowo pokonaliśmy niemal o piętnastej, a potem już nie było pośpiechu. Za śluzą jest najbardziej urokliwa część Nogatu. Prawy brzeg – wysoki, porośnięty lasem, lewy to pola i Las Mątawski w widłach Nogatu i Wisły. Dawne wały na brzegach już nie pełnią pierwotnej funkcji, dziurawe są świadectwem przeszłości.

Na końcu naszej drogi Biała Góra z dużą przystanią dla houseboatów, mało tu miejsca dla innych jednostek, w pełni lata musi być jeszcze ciaśniej.

Bardziej house niż boat

użo miejsca do spania, jedzenia, siedzenia.

Taki rejs był czymś, czego chciałem zaznać od wielu lat, i się udało. Na wstępie zaznaczę, że nie jest to tania rozrywka. Długo sobie tłumaczyłem, że za nocleg na wyjeździe tak czy inaczej trzeba płacić, jednak tak to się nie przekłada. Płacimy za czarter, płacimy za paliwo, za postoje, za śluzowanie. Często dodatkowo za prąd, wodę czy sanitariaty. Koszty bardzo szybko rosną. W zamian mamy wygodę, mobilny domek z toaletą, kuchenką, ogrzewaniem, radiem, telewizją, światłem.

Silnik 30 to czasami trochę mało.

Łódki tego typu czarterujemy bez patentu – to sekret ich popularności. Aby tak mogło być, muszą mieć odpowiednie silniki o stosunkowo niskiej mocy jak na łódki o takiej wielkości. I tej mocy czasami brakuje. Łódki są duże, wygodne, o małym zanurzeniu i przy dobrej pogodzie stosunkowo łatwe w prowadzeniu, każda ma ster strumieniowy. Wiatry i fale sprawiają, że żegluga jest bardziej wymagająca, jak już pisałem, przydałoby się więcej mocy. Jeżeli ktoś liczy na frajdę z pływania, to może się mocno zawieść. Przy większych prędkościach, pod prąd, pod wiatr mocno nadszarpnie budżet. Sto litrów benzyny na tydzień może być mało. Wisła pod prąd – od śluzy do śluzy, z postojem w Tczewie – na jednym baku jest poza zasięgiem. Ktoś powie, że można pływać powoli, oszczędnie i głównie z prądem. Oczywiście, da się. Jednak czy po to wydajemy grubą kasę, żeby potem udawać, że pływamy?
Pomimo że miło wspominamy tamte dni, to na trochę wyleczyliśmy się z houseboatów. Może kiedyś, kiedy będzie nas stać na wszystko… Ale kiedy to będzie?

Podobało się? Jeśli tak zapisz się na nasz newsletter a pierwszy dowiesz się o kolejnym wpisie. A będzie się działo. Zapraszamy

Właśnie dołączasz do naszej bajki
Success!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: